Głośny ostatnio pomysł
wprowadzenia parytetu na listach wyborczych partii oraz przy podziale samych
miejsc w parlamencie, gwarantujący żeńskiej części społeczeństwa połowę z tych pozycji/stanowisk,
zyskał dużą aprobatę wśród najważniejszych polityków w państwie, z premierem i
prezydentem na czele. Obaj wskazują przy uzasadnieniach na potrzebę
dowartościowania roli pań w polityce, które są ponoć obecnie dyskryminowane na
tym polu. Niestety, z dyskryminacją to będziemy mieli do czynienia, ale w
stosunku do mężczyzn, jeżeli ów parytet zostanie w przyszłości faktycznie
uchwalony.
Czy prawo polskie w jakikolwiek
sposób faworyzuje panów przy dostępie do funkcji i stanowisk publicznych? Oczywiście,
że nie, daje ono obu płciom całkowicie równe szanse. Kobiet w polityce, a
szczególnie tych piastujących najważniejsze urzędy, rzeczywiście jest
stosunkowo mało w porównaniu z mężczyznami. Ale czy taki stan rzeczy wymaga tak
drastycznej regulacji prawnej, jak wprowadzenie parytetu? Wyobraźmy sobie
czysto teoretyczną sytuację, kiedy to zarząd partii układający listę wyborczą
ma wyselekcjonowaną grupę kilku kompetentnych, odpowiedzialnych, wykształconych
osób, co do których zachodzi bardzo duże prawdopodobieństwo, iż będą w stanie bardzo
dobrze wykonywać swe późniejsze obowiązki. Niestety, okazuje się, że
zdecydowaną większość z tych osób stanowią mężczyźni. Co więc trzeba wtedy
począć? Ano, w zgodzie z parytetową równością szans, grzecznie podziękować
świetnie przygotowanym merytorycznie panom, których jedyną wadą jest płeć, a w
ich miejsce wyciągnąć z partyjnej rezerwy kobiety (co z tego, że ich praca i
działanie może nie być tak efektywne, jak w przypadku kolegów) i czynić je, przykładowo, lokomotywami
wyborczymi ugrupowań. Przejdźmy nieco dalej w analizie problemu – Jeśli dojdzie
przypadkiem do sytuacji, w której, statystycznie rzecz biorąc, ludzie o ciemnym
zabarwieniu włosów będą stanowili niepokojącą większość administracji
publicznej, parlament powinien ustanowić zapis gwarantujący przyrost
zatrudnienia blondynom/blondynkom czy łysym? A lewo- i praworęczni obywatele? A
osoby o różnym kolorze oczu? Jak równość (jakże utopijne jest to pojęcie), to
we wszystkich dziedzinach! Po co się rozdrabniać tylko do kobiet i mężczyzn,
skoro w kolejce czekać już będą kolejne grupy społeczne. Co powiedzą
właściciele Kotów na fakt opanowania lokalnej administracji przez posiadaczy
psów? Co pomyślą sobie impotenci, jeśli
sprawni seksualnie koledzy zdominują intratne posady państwowe? (w tym przypadku
trudnością może okazać się jawność parytetowej cechy, jednak i na ten problem
rząd powinien znaleźć jakieś rozwiązanie, w końcu powszechna równość warta jest
wyrzeczeń i nie wolno ustawać w wysiłkach ku jej osiągnięciu).
Nie propaguję tutaj, broń Boże,
żadnego modelu świata pozostającego pod zwierzchnością mężczyzn, pragnę
podkreślić tylko, że póki w świetle formalnoprawnym zachowana jest oraz
respektowana w praktyce równość płci, nie należy na siłę forsować kobiety w ich
awansach społecznych. Prawda jest taka, że wiele zależy od mentalności
przedstawicieli stron żeńskiej i męskiej, która, choć z czasem naturalnie może
się zmienić, na razie faworyzuje w polityce (w ujęciu generalnym!) panów. Łatwo
zauważyć, że już w młodzieżowych sekcjach ugrupowań politycznych dominują
chłopcy, a tutaj raczej trudno zarzucać dyskryminację przy selekcji
członkowskiej. Na pewno ma to swój odpowiednik w polityce uprawianej na wyższym
szczeblu. Teza o domniemanej dyskryminacja kobiet przez największe partie jest
bardzo na rękę żądającym różnorakich przywilejów ruchom feministycznym,
jednakże nie ma żadnego uzasadnienia w rzeczywistości. „To jakaś nędzna proteza, to pachnie wręcz jakimś
rasizmem” – Stefan Niesiołowski ma jasny, zdroworozsądkowy
stosunek do parytetu i doprawdy co najmniej dziwnymi dla mnie osobiście wydają
się opinie sprzeczne ze stanowiskiem wicemarszałka sejmu.
Konrad
Kopystyński
Nie ma też podstaw do stawiania stwierdzeń,
Trochę ze względu na niespożyte siły i zapał do pracy, trochę z chęci poszerzania swojej wiedzy postanowiłem zhołdować zasadzie, że pod latarnią ciemniej, niż wokół niej. Co mam na myśli? Otóż noszę się z zamiarem dostarczenia nowych dowodów na potwierdzenie tezy, iż Unia Europejska wcale nie jest tworem zupełnie odmiennym względem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w co wierzy wiele osób oraz faktu, że bytuje skażona licznymi naruszeniami prawa przez jej dysydentów.
1. Na początek Przewodniczący Jose Manuel Barroso (Portugalia)
2. Siim Kallas (Estonia) – Wiceprzewodniczący, Komisarz ds. Administracji, Audytu i Zwalczania Nadużyć Finansowych
5. Franco Frattini (Włochy) – Wiceprzewodniczący. Komisarz ds. Transportu (do 8.05.2008)
7. Günter Verheugen (Niemcy) – Wiceprzewodniczący, Komisarz ds. Przedsiębiorstw i Przemysłu
Komisarz ds. Handlu (do 5.10.2008)
10. Na koniec, rzec można na deser, pozostawiłem Danutę
Emocje po ogłoszeniu wyników w wyborach do Parlamentu Europejskiego w kraju nieco już opadły, jednak nie w Prawie i Sprawiedliwości. Mimo wcale nie najgorszego, biorąc pod uwagę większość ostatnich sondaży, wyniku partii (ponad 27% w skali kraju i 15 mandatów), zewsząd pojawiają się coraz bardziej słyszalne głosy potrzeby rozliczeń za wszelkie błędy popełnionew kampanii. Na krytykę spin doktorów PiSu zdobył się wielki zwycięzca maratonu wyborczego, Zbigniew Ziobro. Świeżo upieczonego eurodeputowanego natychmiast do porządku przywołał jednak prezes Jarosław Kaczyński, zalecając byłemu ministrowi sprawiedliwości we własnym gabinecie zdecydowanie większą powściągliwość w komentarzach na temat działań ugrupowania oraz, z widoczną szczyptą złośliwości, bardziej efektywną naukę języka angielskiego.
Zaiste, że nawet świetny rezultat, jakim może pochwalić się Ziobro, w najmniejszym stopniu nie zmienia twardych reguł panujących w PiSie, gdzie na wygłoszenie jakiejkolwiek negatywnej opinii o jej polityce wewnętrznej może pozwolić sobie wyłącznie przewodniczący ( krytyce podlega wtedy, rzecz jasna, postawa niżej postawionych członków zarządu i działaczy, gdyż sam Jarosław, pociągający de facto w partii za wszystkie sznurki, sam nie ma sobie nic do zarzucenia). Ziobro, który w Małopolsce zyskał zaufanie grubo ponad trzystu tysięcy wyborców, nie tylko walnie przyczynił się do zwycięstwa swojego ugrupowania w tym regionie, ale także pośrednio „załatwił” mandat dwójce kolegów usytuowanych za nim na liście, mimo iż odsetek głosów oddanego na żadnego z nich nie przekroczył 2% (dzieje się tak za sprawą ordynacji wyborczej skonstruowanej w taki sposób, że duże znaczenie przy podziale miejsc ma łączny wynik ugrupowania oraz frekwencje wyborcza). Jak jednak widać, sympatii ani dodatkowych przywilejów u Kaczyńskiego tym sobie nie zaskarbił, zostając przez niego publicznie zruganym po wygłoszonym „apelu o refleksje i potrzebę pewnych zmian” wewnątrz partii. O tym, że w poważną polemikę z prezesem się nie wchodzi, zdążył przekonać się już Ludwik Dorn, który przyszłość podobną do swojej przepowiada młodszemu koledze, o ile ten nie utemperuje zapędów i nie zacznie ostrożniej wypowiadać się na drażliwe tematy. O dziwo, za Ziobrą opowiedziała się spora grupa działaczy Prawa i Sprawiedliwości, którzy oficjalnie delikatnie, ale jednak, bronią obecnego wiceprezesa. Podobno w kuluarach zaczęto zwracać się do niego „prezydencie”, co jasno wskazuje, jak dużym poważaniem się cieszy.
Ostatnimi czasy przyjrzałem się
Jakie mamy w Polsce drogi i
Właśnie w taki sposób
Co do jednego się zgodzę,