ultrapolityczny blog

Twój nowy blog

Głośny ostatnio pomysł
wprowadzenia parytetu na listach wyborczych partii oraz przy podziale samych
miejsc w parlamencie, gwarantujący żeńskiej części społeczeństwa połowę z tych pozycji/stanowisk,
zyskał dużą aprobatę wśród najważniejszych polityków w państwie, z premierem i
prezydentem na czele. Obaj wskazują przy uzasadnieniach na potrzebę
dowartościowania roli pań w polityce, które są ponoć obecnie dyskryminowane na
tym polu. Niestety, z dyskryminacją to będziemy mieli do czynienia, ale w
stosunku do mężczyzn, jeżeli ów parytet zostanie w przyszłości faktycznie
uchwalony.

Czy prawo polskie w jakikolwiek
sposób faworyzuje panów przy dostępie do funkcji i stanowisk publicznych? Oczywiście,
że nie, daje ono obu płciom całkowicie równe szanse. Kobiet w polityce, a
szczególnie tych piastujących najważniejsze urzędy, rzeczywiście jest
stosunkowo mało w porównaniu z mężczyznami. Ale czy taki stan rzeczy wymaga tak
drastycznej regulacji prawnej, jak wprowadzenie parytetu? Wyobraźmy sobie
czysto teoretyczną sytuację, kiedy to zarząd partii układający listę wyborczą
ma wyselekcjonowaną grupę kilku kompetentnych, odpowiedzialnych, wykształconych
osób, co do których zachodzi bardzo duże prawdopodobieństwo, iż będą w stanie bardzo
dobrze wykonywać swe późniejsze obowiązki. Niestety, okazuje się, że
zdecydowaną większość z tych osób stanowią mężczyźni. Co więc trzeba wtedy
począć? Ano, w zgodzie z parytetową równością szans, grzecznie podziękować
świetnie przygotowanym merytorycznie panom, których jedyną wadą jest płeć, a w
ich miejsce wyciągnąć z partyjnej rezerwy kobiety (co z tego, że ich praca i
działanie może nie być tak efektywne, jak w przypadku kolegów) i  czynić je, przykładowo, lokomotywami
wyborczymi ugrupowań. Przejdźmy nieco dalej w analizie problemu – Jeśli dojdzie
przypadkiem do sytuacji, w której, statystycznie rzecz biorąc, ludzie o ciemnym
zabarwieniu włosów będą stanowili niepokojącą większość administracji
publicznej, parlament powinien ustanowić zapis gwarantujący przyrost
zatrudnienia blondynom/blondynkom czy łysym? A lewo- i praworęczni obywatele? A
osoby o różnym kolorze oczu? Jak równość (jakże utopijne jest to pojęcie), to
we wszystkich dziedzinach! Po co się rozdrabniać tylko do kobiet i mężczyzn,
skoro w kolejce czekać już będą kolejne grupy społeczne. Co powiedzą
właściciele Kotów na fakt opanowania lokalnej administracji przez posiadaczy
psów?  Co pomyślą sobie impotenci, jeśli
sprawni seksualnie koledzy zdominują intratne posady państwowe? (w tym przypadku
trudnością może okazać się jawność parytetowej cechy, jednak i na ten problem
rząd powinien znaleźć jakieś rozwiązanie, w końcu powszechna równość warta jest
wyrzeczeń i nie wolno ustawać w wysiłkach ku jej osiągnięciu).

Nie propaguję tutaj, broń Boże,
żadnego modelu świata pozostającego pod zwierzchnością mężczyzn, pragnę
podkreślić tylko, że póki w świetle formalnoprawnym zachowana jest oraz
respektowana w praktyce równość płci, nie należy na siłę forsować kobiety w ich
awansach społecznych. Prawda jest taka, że wiele zależy od mentalności
przedstawicieli stron żeńskiej i męskiej, która, choć z czasem naturalnie może
się zmienić, na razie faworyzuje w polityce (w ujęciu generalnym!) panów. Łatwo
zauważyć, że już w młodzieżowych sekcjach ugrupowań politycznych dominują
chłopcy, a tutaj raczej trudno zarzucać dyskryminację przy selekcji
członkowskiej. Na pewno ma to swój odpowiednik w polityce uprawianej na wyższym
szczeblu. Teza o domniemanej dyskryminacja kobiet przez największe partie jest
bardzo na rękę żądającym różnorakich przywilejów ruchom feministycznym,
jednakże nie ma żadnego uzasadnienia w rzeczywistości. To jakaś nędzna proteza, to pachnie wręcz jakimś

rasizmem” – Stefan Niesiołowski ma jasny, zdroworozsądkowy
stosunek do parytetu i doprawdy co najmniej dziwnymi dla mnie osobiście wydają
się opinie sprzeczne ze stanowiskiem wicemarszałka sejmu.

Konrad
Kopystyński

Finanse publiczne, a konkretnie
wciąż pogłębiająca się dziura budżetowa spędzają ostatnimi czasy sen z powiek
premierowi oraz ministrowi finansów. Nowelizacja ustawy budżetowej, uchwalona
na ostatnim posiedzeniu Sejmu, zwiększa przewidywany deficyt tegoroczny z 18 do
27 miliardów złotych, o co zresztą już od dobrych kilku miesięcy apelowała
opozycja (jak wiadomo, na potrzeby niedawnej eurokampanii politycy Platformy
negowali wszelkie oznaki kryzysu, zapewniając opinię publiczną o świetnej
sytuacji finansowej kraju i nijak nie wypadało przyznawać się do błędu w
wyraźnie nazbyt optymistycznych szacunkach przychodów i wydatków państwa
opracowanych przez Jacka Rostowskiego na jesieni zeszłego roku). Nie sposób
pozbyć się mimo wszystko wrażenia, że gabinet Tuska nie ma bladego pojęcia, jak
zareagować na obecne kłopoty. Co róż przebąkuje się o nieuniknionej podobno
wizji podniesienia podatków w najbliższej przyszłości, wymieniając przy tym
niemal wszystkie jego odmiany (VAT, akcyza, ZUS itp.) i zapiekle licząc, w
jakim stopniu pomogłoby to zasilić Skarb Państwa w brakujące środki. Kilka dni
temu „Gazeta Wyborcza” informowała o najnowszym pomyśle rządu, który podobno
myśli nad zwiększeniem składki emerytalnej dla najlepiej zarabiającej części
społeczeństwa. Przypomniał mi się wtedy rok 2005 i słynne „3 x 15” walczącego
wówczas o władzę obecnego premiera, firmującego podatek liniowy jako sztandarowy  i nieodzowny punkt własnego programu i
podstawę sprawnie funkcjonującego państwa. Platforma rządzi w Polsce już od
niemal dwóch lat i w tym czasie temat ten prawie zupełnie upadł, a politycy PO
nagle zapomnieli, do czego jeszcze niedawno przekonywali z takim zapałem.

Koronnym argumentem przeciwników
podatku liniowego jest teza, jakoby odciążał on od świadczeń na rzecz państwa
najbardziej zamożnych, natomiast zwiększał je w przypadku pozostałej części
społeczeństwa, powodując coraz większe rozwarstwienie społeczne. W opinii wielu
naturalnym jest, że najbogatsi powinni niejako łożyć na biedniejszych, gdyż i
tak nie odczują tego zbyt poważnie, a dzięki temu realizowana będzie za to
zasada solidarności społecznej. Otóż sprawy tak przedstawiać nie wolno! Państwo
powinno być w pierwszym rzędzie sprawiedliwe, a nie solidarne. A gdzie tu
sprawiedliwość, jeśli jedni rozliczają się z fiskusem według takich stawek, a
drudzy wg innych? Czy grzechem winnym pokuty i zadośćuczynienia jest
przedsiębiorczość i powodzenie w życiu zawodowym? Najlepiej zarabiający i tak
odprowadzają do Skarbu Państwa proporcjonalnie największe kwoty i nie widzę
powodu, aby musieli być tłamszeni dodatkowymi kosztami. Nie postuluję już
wprowadzania mogącego w tym rozumowaniu uchodzić za najbardziej sprawiedliwy
podatku pogłównego (taka sama kwota pobierana od każdego płatnika, niezależnie
od uzyskiwanych przez niego dochodów) jako mocno anachronicznego i radykalnego
(stosowany częstokroć w starożytności, przez średniowiecze aż do czasów nowożytnych).

Nie ma też podstaw do stawiania stwierdzeń,
jakoby podatek liniowy miał uszczuplać wpływy do budżetu (nomem omen i tak są
one w przerażającej części marnotrawione na przerośniętą do zatrważających
rozmiarów biurokrację oraz zdecydowanie zbyt rozwinięte najróżniejszej maści
świadczenia socjalne, ale to temat do osobnej analizy). Co prawda bezpośrednie
przychody rzeczywiście mogą się zmniejszyć, ale z nawiązką rekompensują to
zagraniczni (i nie tylko) inwestorzy przyciągani przyjaznym sobie prawem
fiskalnym oraz rosnąca konsumpcja nabijająca wskaźnik wpływów z podatków
pośrednich jak VAT czy akcyza. Można do tego doliczyć dużą łatwość rozliczania
się z urzędem podatkowym ze względu na prostotę klasycznego podatku liniowego
pozbawionego kwoty wolnej od opodatkowania oraz całej masy innych ulg, których
jest obecnie tak wiele, że mało które osoby potrafią w pełni skorzystać z
wszystkich im przysługujących. Owa przejrzystość także powinna spowodować
większą ściągalność obowiązkowych świadczeń na państwo.  

Na zakończenie o kolejnej dziwnej
dla mnie sprawie. W Polsce wciąż wytrwale utrzymywany jest przez kolejne ekipy
rządzące podatek progresywny (choć od 2009 już z zaledwie dwoma stawkami – 18 i
32 procent). Przedstawiciele dwóch chyba najbardziej prestiżowych i
osiągających największe zarobki grup zawodowych, czyli lekarzy i prawników, są
zwolnieni z prowadzenia kasy fiskalnej, przez co fiskus nie zyskuje na nich
tyle, ile by mógł. Prywatni przedsiębiorcy z kolei, także z reguły nie
narzekający na brak funduszy, rozliczają się najczęściej z podatku CIT (19%)
zamiast PIT. Ma to niewątpliwy wkład w to, że obecnie w stawkę 32% wchodzi, wg
stosownych danych, niecałe 2% społeczeństwa (przy stawkach 19%, 30% i 40% tą
najniższą płaciło niecałe 90% Polaków, jednak obecna stawka 32% bliższa jest
progiem kwotowym dawnej 40% niż 30%, stąd ta różnica).

Konrad Kopystyński

Trochę ze względu na niespożyte siły i zapał do pracy, trochę z chęci poszerzania swojej wiedzy postanowiłem zhołdować zasadzie, że pod latarnią ciemniej, niż wokół niej. Co mam na myśli? Otóż noszę się z zamiarem dostarczenia nowych dowodów na potwierdzenie tezy, iż Unia Europejska wcale nie jest tworem zupełnie odmiennym względem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w co wierzy wiele osób oraz faktu, że bytuje skażona licznymi naruszeniami prawa przez jej dysydentów.

W artykule tym, będącym hybrydą danych pochodzących z internetowej encyklopedii Wikipedia (prócz informacji o Pani Hübner, które to jakiś czas temu w dziwny sposób „zaginęły”) oraz, gnie niegdzie, moich komentarzy, postanowiłem przybliżyć sylwetki wielu spośród członków obecnie urzędującej (do końca października br.) Komisji Europejskiej, będącej organem wykonawczym Unii Europejskiej. Część z nich posiada bogatą komunistyczną przeszłość, części przedstawiane były natomiast zarzuty natury prawnej, niejednokrotnie potwierdzone.

1. Na początek Przewodniczący Jose Manuel Barroso (Portugalia)

Polityką zaczął zajmować się jeszcze jako student. Był członkiem maoistowskiego Rewolucyjnego Ruchu Portugalskiego Proletariatu, które uczestniczyło w rewolucji goździków obalającą w 1974 r. wojskową dyktaturę Salazara w Portugalii. W okresie przejścia do demokracji, zmienił poglądy na centrolewicowe – widocznie bardziej opłacalnym było „złagodzenie” swoich przekonań, przynajmniej oficjalnie.

2. Siim Kallas (Estonia) – Wiceprzewodniczący, Komisarz ds. Administracji, Audytu i Zwalczania Nadużyć Finansowych

W 1989 wybrany do Rady Najwyższej ZSRR. Od 1972 do 1990 należał do Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Po przemianach ustrojowych Pan Kallas widocznie zwietrzył szansę na ponowne dorwanie się do koryta i w 1994 stanął na czele, co ciekawe, wolnorynkowej i liberalnej Estońskiej Partii Reform. Ponadto, podejrzewany był o korupcję (ostatecznie nieskazany), lecz oskarżenia o składanie fałszywych informacji zostały potwierdzone. Przypuszczalnie dobrze wie jak zająć się walką z korupcją, za co odpowiedzialny jest w Komisji. Niestety, z autopsji…

3. László Kovács (Węgry) – Komisarz ds. Podatków i Unii Celnej

Był członkiem Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej – ugrupowania komunistycznego sprawującego władzę na Węgrzech przed rokiem 1989 i przyjacielem Jánosa Kádára – węgierskiego dyktatora.

4. Dalia Grybauskaitė (Litwa) – Komisarz ds. Programowania Finansowego i Budżetu, obecnie prezydent Litwy

Należała do komunistycznej Partii Litwy – Lietuvos komunistų partija. Wchodziła w skład KPZR. Zajmowała wysokie stanowiska w komunistycznym aparacie urzędniczym.

5. Franco Frattini (Włochy) – Wiceprzewodniczący. Komisarz ds. Transportu (do 8.05.2008)

Jako polityk działał we Włoskiej Partii Socjalistycznej, która określała się jako partia robotnicza, wskazując na marksizm jako swoją podstawę ideową. W 1994 został jednym z założycieli Forza Italia (ugrupowanie prawicowo-konserwatywne). Kolejny przykład na użyteczną „zmianę barw”.

6. Jaques Barrot (Francja) – Wiceprzewodniczący, Komisarz ds. Wymiaru Sprawiedliwości oraz Obszaru Wolności i Bezpieczeństwa

W 1995 został skazany na karę ośmiu miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania i ukarany zakazem sprawowania funkcji państwowych na 2 lata za finansowanie swojej partii z pieniędzy publicznych.

7. Günter Verheugen (Niemcy) – Wiceprzewodniczący, Komisarz ds. Przedsiębiorstw i Przemysłu

Kolejny z opisywanych polityków, którzy nagle postanowili zmienić poglądy. Od 1978 do 1982 był sekretarzem generalnym partii liberałów FDP. Po opuszczeniu przez FDP koalicji rządowej kanclerza federalnego Helmuta Schmidta odszedł z FDP razem z kilkoma innymi działaczami i przeszedł do SPD (socjaldemokraci).

 

8. Peter Mandelson (Wielka Brytania) – Komisarz ds. Handlu (do 5.10.2008)

Członek Partii Pracy. W 1996 r. kupił dom w Notting Hill za nieoprocentowaną pożyczkę udzieloną mu przez związanego z Partią Pracy milionera, Geoffreya Robinsona. W związku z tym podał się do dymisji (sprawował urząd ministra bez teki). W styczniu 2001 r. pojawiły się pogłoski, że Mandelson telefonował do ministra w Home Office, Mike’a O’Biena, w sprawie Srichanda Hinduji, hinduskiego biznesmena, który ubiegał się o brytyjskie obywatelstwo. Rodzina Hinduji była głównym sponsorem „Faith Zone” w Millennium Dome. W tym czasie Hinduja i jego bracia byli zamieszani w korupcyjny „skandla Boforsa”, a w Indiach toczyło się śledztwo w ich sprawie. 24 stycznia Mandelson został ponownie usunięty z rządu.

9. Neelie Kroes (Holandia) – Komisarz ds. Konkurencji

Oskarżona o okłamywanie Parlamentu Europejskiego przez Paula van Buitenena w związku ze słynnym raportem na temat korupcji i nepotyzmu w UE. Jako komisarz zatwierdzająca m.in. fuzje, niekiedy podejmuje decyzje w sprawie firm, z którymi wcześniej była związana jako menedżerka. Funkcje te, po opublikowaniu raportu, zostały przekazane innemu członkowi Komisji.

10. Na koniec, rzec można na deser, pozostawiłem Danutę Hübner – Komisarz ds. Polityki Regionalnej (zastąpiona na stanowisku 4 lipca przez Pawła Sarneckiego)

Od 1970 do 1987 roku należała do PZPR. W latach 1997-98 Szef Kancelarii Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego (działacza PZPR, ministra-członka Rady Ministrów ds. młodzieży w rządzie Z. Messnera, przewodniczącego Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej oraz członka Prezydium Rządu i przewodniczącego Komitetu Społeczno-Politycznego Rady Ministrów w rządzie M. Rakowskiego). W związku z byłą przynależnością partyjną określana mianem „czerwonej komisarz”. W 2009 roku w wyborach do Parlamentu Europejskiego wystartowała z list Platformy Obywatelskiej, pomimo jej nieoficjalnej, lecz faktycznej przynależności do SLD. Tym samym nie kojarzona już z europejskimi socjalistami, lecz chadekami.

Mateusz Nitkowski

Przeglądałem dzisiejsze newsy na
portalach internetowych i natknąłem się na artykuł o negocjacjach ws. akcesji
do UE w islandzkim parlamencie, wobec których zajął przychylne stanowisko:

„Po przystąpieniu do Unii musiałaby nie tylko dzielić się swoimi
łowiskami, lecz także dostosowywać się do unijnych decyzji co do wielkości
połowów.”

Myślę, że już chyba nikomu nie
trzeba przybliżać powodów, dla których niedawno wszystkie państwa, a zwłaszcza
Skandynawskie i inne posiadające dostęp do morza, zaczęły oscylować za akcesją
Islandii. Zyski bezpośrednie prosto z łowisk wokół Islandii oraz zyski
pośrednie związane z regulacjami ws. rybołówstwa, tym samym możliwością
„dogonienia” Islandii w wielkości połowów przez inne kraje, zapewne
już niedługo uzasadnione argumentami związanymi z  „dbaniem o środowisko” i „równą konkurencją
międzypaństwową”.

Islandia to kraj, którego zyski z
eksportu to w 3/4 te pochodzące z handlu rybami. Wychodzi więc na to, iż
prawdopodobnie będzie tracić najwięcej ze wszystkich członków UE w późniejszym
okresie, w zamian za, de facto fikcyjną, pomoc Unii w czasie, kiedy kraj ten znajduje
się na skraju bankructwa. Islandczycy może i nie będą dopłacać dużo do unijnej
kasy, ponieważ posiadają niskie zyski przykładowo z podatku VAT (tylko 300 tys.
obywateli), ale stracą znacząco na tym, że, tak jak już wspomniałem, inne państwa
będą m.in. narzucać im regulacje i przeprowadzać połowy na swoje konto. Co
ciekawe, Islandia już pożyczyła 10 mld z kasy Międzynarodowego Funduszu
Walutowego. Wydaje się więc, że unijna pomoc jest tu zbędna. Czyżby na Islandii
nie miał kto rządzić, że obywatele tego państwa potrzebują zewnętrznego steru
Brukseli i opowiadają się za prędką akcesją? Nie życzę Islandii Unii.

Mateusz Nitkowski

Emocje po ogłoszeniu wyników w wyborach do Parlamentu Europejskiego w kraju nieco już opadły, jednak nie w Prawie i Sprawiedliwości. Mimo wcale nie najgorszego, biorąc pod uwagę większość ostatnich sondaży, wyniku partii (ponad 27% w skali kraju i 15 mandatów), zewsząd pojawiają się coraz bardziej słyszalne głosy potrzeby rozliczeń za wszelkie błędy popełnionew kampanii. Na krytykę spin doktorów PiSu zdobył się wielki zwycięzca maratonu wyborczego, Zbigniew Ziobro. Świeżo upieczonego eurodeputowanego natychmiast do porządku przywołał jednak prezes Jarosław Kaczyński, zalecając byłemu ministrowi sprawiedliwości we własnym gabinecie zdecydowanie większą powściągliwość w komentarzach na temat działań ugrupowania oraz, z widoczną szczyptą złośliwości, bardziej efektywną naukę języka angielskiego.

Zaiste, że nawet świetny rezultat, jakim może pochwalić się Ziobro, w najmniejszym stopniu nie zmienia twardych reguł panujących w PiSie, gdzie na wygłoszenie jakiejkolwiek negatywnej opinii o jej polityce wewnętrznej może pozwolić sobie wyłącznie przewodniczący ( krytyce podlega wtedy, rzecz jasna, postawa niżej postawionych członków zarządu i działaczy, gdyż sam Jarosław, pociągający de facto w partii za wszystkie sznurki, sam nie ma sobie nic do zarzucenia). Ziobro, który w Małopolsce zyskał zaufanie grubo ponad trzystu tysięcy wyborców, nie tylko walnie przyczynił się do zwycięstwa swojego ugrupowania w tym regionie, ale także pośrednio „załatwił” mandat dwójce kolegów usytuowanych za nim na liście, mimo iż odsetek głosów oddanego na żadnego z nich nie przekroczył 2% (dzieje się tak za sprawą ordynacji wyborczej skonstruowanej w taki sposób, że duże znaczenie przy podziale miejsc ma łączny wynik ugrupowania oraz frekwencje wyborcza). Jak jednak widać, sympatii ani dodatkowych przywilejów u Kaczyńskiego tym sobie nie zaskarbił, zostając przez niego publicznie zruganym po wygłoszonym „apelu o refleksje i potrzebę pewnych zmian” wewnątrz partii. O tym, że w poważną polemikę z prezesem się nie wchodzi, zdążył przekonać się już Ludwik Dorn, który przyszłość podobną do swojej przepowiada młodszemu koledze, o ile ten nie utemperuje zapędów i nie zacznie ostrożniej wypowiadać się na drażliwe tematy. O dziwo, za Ziobrą opowiedziała się spora grupa działaczy Prawa i Sprawiedliwości, którzy oficjalnie delikatnie, ale jednak, bronią obecnego wiceprezesa. Podobno w kuluarach zaczęto zwracać się do niego „prezydencie”, co jasno wskazuje, jak dużym poważaniem się cieszy.

Czy można w PiSie pójść na wojnę z Jarosławem Kaczyńskim i ją wygrać? Dotychczas niewielu porywało się z motyką na słońce, a ci odważniejsi, albo lepiej ujmując – działający nazbyt ideologicznie (vide wspomniany Dorn) lub mający już plany swojej przyszłości w innym ugrupowaniu (vide Paweł Zalewski, który właśnie dostał się do Europarlamentu z listy Platformy Obywatelskiej) wylatywali z hukiem z partii. Wydaje się jednak, że sytuacja Ziobry jest bardziej komfortowa dla samego zainteresowanego. Nie dość bowiem, że jak na polityka tego ugrupowania cieszy się on relatywnie dużym poparciem społecznym, na dodatek zdążył zbudować sobie w samym PiSie dość mocne zaplecze (z byłym ministrem utożsamiają się tacy politycy jak Jacek Kurski czy Paweł Kowal) gotowe na razie po cichu, ale w sytuacji kryzysowej być może z pełną determinacją wspierać swojego lidera i opowiedzieć się  po jego stronie w ewentualnym otwartym konflikcie ze ścisłym kierownictwem. Trudno jednakże prognozować taki rozwój wypadków w najbliższym czasie, gdyż najpewniej zaowocowałoby to co najwyżej rozłamem w PiSie i odejściem wraz z Ziobrą jego popleczników, tymczasem wydaje się, że prędzej chciałby on wywalczyć schedę po Jarosławie i samemu w końcu stanąć na czele Prawa i Sprawiedliwości niż budować nowy ruch polityczny, jaki, przy obecnych unormowaniach prawnych sprzyjającym czwórce największych na dzień dzisiejszy partii, miałby małe szanse powodzenia skutecznego i trwałego zaistnienia na scenie krajowej.

Na koniec jedno zdanie, które mimochodem pojawiło się wieczorem w wypowiedzi Jarosława zapytanego o możliwe przywództwo w partii Zbigniewa Ziobry:

„Każdy nosi buławę w tornistrze. Kiedy ja zrezygnuję albo Pan Bóg mnie odwoła – nigdy to nie jest pewne, no to wtedy będą wybory.”

Jak widać, obecny prezes nie bierze pod uwagę opcji utraty sprawowanej funkcji w inny sposób niż przez własną rezygnację albo z woli Bożej, nie wspominając nawet o procedurze wyboru nowego szefa przez delegatów na zjeździe w demokratycznym głosowaniu, co stanowi bodajże obecny statut partii. Ziobro nie powinien więc się napalać na zbyt szybkie usadowienie się na fotelu przewodniczącego, bo Jarosław wyraźnie inaczej zapatruje się w przyszłość…

Konrad Kopystyński

Ostatnimi czasy przyjrzałem się
jednej z tablic ozdabiających szkolny korytarz. Dumnie prezentuje się tam tzw. „Prawa
Człowieka”. Czytam i czytam… Natykając się na przepisy pokroju „prawa do
szczęścia” nie omieszkałem zaopiniować takowych. Sądzę, iż po przeczytaniu
mojego artykułu część (dodam ta nieszczęśliwa) powinna rozpocząć pisanie skarg do
Komitetu Praw Człowieka w Genewie.

Pierwszym z punktów, na które
zwróciłem szczególną uwagę, jest „prawo do pomocy socjalnej”. Uważam, iż w
rażący sposób narusza ono możność państwa do samostanowienia o swoim ustroju
gospodarczym, bowiem wyklucza możliwość istnienia państwa liberalnego, jako
tworu uznawanego na arenie międzynarodowej. Umożliwia bowiem promowanie go jako
„antyludzkiego”, co za tym idzie „antywolnościowego”. Dziwnie w takim przypadku zabrzmiałoby
to sformułowanie, kiedy właśnie, w oczywisty sposób, to obywatele takiego a nie
innego państwa są prawdziwie wolni, zgodnie z duchem liberalizmu.

Jednak moje kluczowe argumenty związane
są z „prawem do szczęścia”. Niestety, ale błąd w nomenklaturze jest rażący,
bowiem w obecnym kształcie państwo po prostu musi nam to szczęście zapewnić. Tak
– państwo musi sprawić, abyśmy byli szczęśliwi! Aby nie pozostawiać w
konflikcie z tym, co de facto niemożliwe, należałoby zwyczajnie użyć sformułowania
„wolność do szczęścia”, bo każdy człowiek może wtedy do niego dążyć i nie jest
w tym ograniczany na żaden sposób (o co pewnie autorom chodziło). Aby wytłumaczyć,
co mam na myśli, powrócę na chwilę do wspomnianego „prawa do pomocy socjalnej” –
oczywistym jest, że w ten sposób wszystkie państwa przestrzegające prawa
człowieka (przynajmniej na papierku) zmuszone są do tejże pomocy. Analogiczna sytuacja
zachodzi więc z komentowanym „prawem do szczęścia” . Wychodzi z tego absurd –  jeśli dla mnie szczęście to duży, sowicie
wyposażony dom pod miastem, czemu państwo łamie m.in. moje Prawa Człowieka i
nie zapewnia mi tego? Ja mam do tego PRAWO, a nie WOLNOŚĆ, żeby takie cele próbować
zrealizować na własną rękę. Jeśli pragnę (oczywiście po to, aby zapewnić sobie
szczęście) mieć piękną i kochającą żonę, należy znaleźć mi odpowiednią kobietę
i zmusić ją do pokochania mnie. Wychodzi więc, iż leży to w gestii państwa.
Podobnie sprawa ma się z „prawem do dobrego życia” – w mojej opinii brzmi to co
najmniej jak sprytny populizm.

Jeszcze ponad 20 lat temu, w
okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, każdy miał PRAWO przykładowo do mieszkania,
tym samym musiał mieć własne lokum ZAPEWNIONE przez państwo. Te drobne z pozoru
różnice pomiędzy prawem a wolnością są, niestety, często pomijane przez
przedstawicieli lewej strony sceny politycznej, zwłaszcza podczas debat, kiedy to sprzeciwiają się oni idei liberalizmu, przy czym sami twierdzą czasem,
że są liberałami, bo – i tu niezwykle istotny cytat – „Każdy musi mieć prawo do mieszkania. Ja chcę, żeby każdy miał
mieszkanie”
. Przytoczona wypowiedź (bodajże członka SLD) obrazuje opisywane
przeze mnie absurdy.

Czy trudno więc wysuwać wniosek,
że Prawa Człowieka nie są w ogóle respektowane, przynajmniej w przypadku części
ludzi (nawet tych zamieszkujących „kraje zachodu”), którzy czują się nieszczęśliwi?
Ponadto, nawiązując do fragmentu dotyczącego „szczęścia” wydawać może się, że
(zgodnie z Deklaracją Praw Człowieka i Obywatela) na świecie NIGDY nie będzie istniało
ani jedno państwo przestrzegające Prawa Człowieka. Przecież zawsze znajdą się
jacyś biedni nieszczęśliwcy…

Mateusz Nitkowski

Jakie mamy w Polsce drogi i
autostrady każdy dobrze wie, nie trzeba żadnych wnikliwych badań i ekspertyz,
by móc właściwie ocenić  ich stan, poziom
i długość. Za wcale nie najgorszy wskaźnik mogłaby posłużyć ilość siarczystych
przekleństw, jaka pada pod nosem sfrustrowanych kierowców mijających kolejną
dziurę czy zmuszonych na objazd, a co za tym idzie postój w gigantycznych
korkach w miejscach , gdzie w rządowych planach oraz szkicach (i niestety tylko
tam) od lat widnieją połączenia autostradowe. Oczywiście kolejne rządzące
koalicje zapowiadają rewolucje w tym względzie – jak najszybsze uporanie się z
formalnościami prawnymi, błyskawiczne przetargi oraz zintensyfikowanie samych
prac budowlanych, jednak na zapowiedziach się zwykle kończy, a gdy przyjdzie co
do czego, pojawiają się „nieprzewidziane utrudnienia”, jakim w żaden sposób nie
można było zaradzić, a które skutecznie spowalniają czy wręcz paraliżują całe
przedsięwzięcie. Stara śpiewka, tyle że padająca z ust nowych premierów i
szefów resortów infrastruktury. Podobna sytuacja miała miejsce przez ostatnie
półtora roku, mimo to Cezary Grabarczyk jakoś niespecjalnie wyglądał na
przestraszonego widmem utraty pracy. W końcu jednak Donald Tusk nie wytrzymał i
zagroził nieporadnemu ministrowi dymisją. Zupełnie przypadkiem zrobił to na
samym finiszu kampanii, na tydzień przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Jeśli chodzi o skład własnego
rządu, Donalda Tuska śmiało można nazwać konserwatystą – w przeciągu całego
okresu swojego urzędowania dokonał zaledwie jednej roszady wśród ministrów, a
to i tak wynikającej raczej z konieczności, aniżeli niezadowolenia z generalnej
postawy Zbigniewa Ćwiąkalskiego, bo o nim tu mowa. Jak pamiętamy, stracił on
posadę po aferze z kolejnym samobójstwem osadzonego w celi świadka w
kontrowersyjnej sprawie uprowadzenia i śmierci Krzysztofa Olejnika, więc zmiana
w gabinecie była wtedy uargumentowana potrzebą wskazania winnego zaniedbania i
wyciągnięcia wobec niego surowych konsekwencji (nawiasem mówiąc, niezbyt
premierowi ta decyzja wyszła, gdyż opromieniony chwalebną opozycyjną
przeszłością i brakiem powiązań z prawniczymi korporacjami Andrzej Czuma wciąż
chyba do końca nie wie, na czym ma polegać jego rola w ministerstwie, a na
dodatek aż razi brakiem obeznania i kompetencji, przynosząc Platformie  i całemu rządowi więcej szkody niż pożytku).
Podobno w chwili tworzenia gabinetu Tusk przyjął zasadę o regularnej, mniej więcej
co pół roku, wymianie 2-3 ministrów ocenianych powszechnie za najgorszych, aby stworzyć
wrażenie, że sam nigdy nie będzie w pełni usatysfakcjonowany pracą rządu, a
najsłabsi w jego ekipie po prostu wypadają. Jak jednak z perspektywy czasu
widać, najwyraźniej niezmiennie korzystne, mimo rozprzestrzeniającego się
kryzysu, kłopotów ze stoczniami czy ciągłych sporów i kłótni z prezydentem
sondaże przemówiły mu do wyobraźni i wyrobiły opinię, że przy dobrze
działającej (przynajmniej w aspekcie medialnym) maszynce nie warto na siłę
kombinować. Premier ogranicza się więc zaledwie do „postraszenia” raz na jakiś
czas swoich podopiecznych, by sytuacja nie wyglądała dla przeciętnego wyborcy z
kolei zbyt różowo. Wygląda na to, że właśnie przyszedł odpowiedni moment – lada
dzień Polacy (a w zasadzie to niewielka ich część) udadzą się do lokali
wyborczych, więc Donald Tusk uderzył pięścią o stół, wymagając od Cezarego Grabarczyka
zdecydowanej poprawy, przekonując jednocześnie opinię społeczną o swoim
perfekcjonizmie i wysokich wymaganiach, jakie obligatoryjnie musi spełniać
każdy członek kierowanej przez niego Rady Ministrów. Minister nie powinien mieć
jednak powodów do obaw – szykuje się kolejny sukces wyborczy Platformy, toteż
premier, upajając się triumfem, zapewne szybko zapomni o zastosowanej wobec
niego groźbie zwolnienia. Ludzie zdążyli już wysłuchać męskiego tonu szefa
rządu, to najważniejsze. Grabarczyk niech się niepotrzebnie nie zamartwia.

Jeśli trzeba, szef PO jest miły,
uśmiechnięty, można powiedzieć – chodzące uosobienie firmowanej przez siebie
„polityki miłości”. Gdy zajdzie jednak potrzeba, zakłada on maskę twardego,
pragmatycznego lidera, dla którego nie mają żadnego znaczenia sentymenty, a
jedynie czyste efekty. Niestety, choćby takie zachowanie Tuska przynosiło jemu
i Platformie rekordowe poparcie, bez odpowiedniego człowieka na fotelu ministra
infrastruktury (choć to naturalnie nie jedyny warunek powodzenia) wszystkie
odcinki autostrady A2, o którą miał oficjalnie pretensje premier, nie zostaną
oddane do użytku kierowcom.

Konrad Kopystyński

Właśnie w taki sposób
przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering szufladkuje ugrupowania
sprzeciwiające się tworzeniu z krajów Unii jednego superpaństwa i narzucaniu im
odśrodkowej woli. Świadczy o tym jego dzisiejsza wypowiedź, odnosząca się do przypuszczalnie
niskiej frekwencji w nadchodzących wyborach deputowanych do instytucji unijnej,
której przewodniczy:

„Jeśli ludzie nie zagłosują, istnieje niebezpieczeństwo, że będzie to
z korzyścią dla partii ekstremistycznych lub oddalonych od ogólnego nurtu”

Po czym zaapelował:

„Apeluję do naszych obywateli, by głosowali na partie, które popierają
jedność europejską i respektują istotę ludzką”

Czyżby pan przewodniczący
hołdował dobrze znanym z hitlerowskich Niemiec zasadom „ein Volk, ein Land, ein
Fuhrer”? Przecież tam też liczyła się tylko jedna ideologia, a krytykujących
oskarżano o zamachy antypaństwowe i „antywolnościowe”, zupełnie jak w tym
przypadku – w końcu tylko on i jego partyjni  poplecznicy (plus zbratani socjaliści) „respektują
istotę ludzką”. Jest jednak druga strona medalu – Hitler bowiem swoich niewygodnych
współpracowników oskarżał o homoseksualizm, tymczasem Unia, jako twór ściśle
lewicowy, o prawa mniejszości gejowskich walczy jak lew (na marginesie – ależ równość,
skoro jednej grupie przyznajemy większa prawa niż drugiej, prawda?). Należy
więc opcję tą wykluczyć. Z drugiej strony, porównaniom również do ZSRR nie
sposób się oprzeć. Tam też nieznane było pojęcie wolnego wyboru rządzących, do
czego zmierza ukazywanie swoich politycznych oponentów w takim „antyludzkim” świetle,
jakie obserwujemy również obecnie. Dobrze, że póki co nie ma jak się obawiać,
że w wypadku oddania niewygodnych dla osławionego już „pogłębiania integracji”
głosów podczas wyborów nie grożą jakieś negatywne konsekwencje. Jednak jeśli
obawy przewodniczącego PE nie potwierdzą się i obywatele Unii ulegną „jedynej
słusznej ideologii”, to kto wie co będzie za 5 lat… Stach się bać!

Co do jednego się zgodzę,
mianowicie „ogólny nurt” to rzeczywiście określenie pasujące jak ulał do
ugrupowań, które na pogłębiającej się integracji zyskują najwięcej – w końcu
jak inaczej skutecznie zdobywać poparcie, aniżeli tylko przez „europopulizm”,
czyli uległość wobec ogłaszanych wszem i wobec idei Unii Europejskiej, m.in.
tworzenia wielkiego kontynentalnego państwa, jako czegoś naturalnego. Przecież
reszta to jakiś antyludzki motłoch, to oczywiste! A może obywatele życzą sobie
chociażby skromnego udziału tych „oddalonych od ogólnego nurtu”, skoro tak
właśnie, wg Poetteringa, zagłosują ci, którym najbardziej zależy na wyborze
swojego przedstawicielstwa w Europie? W końcu to właśnie jest demokracja, jedna
z podstawowych zasad i przyczyn tejże integracji, czyż nie?

Ponadto, w moich oczach partie
euroentuzjastyczne tracą na znaczeniu społecznym i politycznym i po części
ośmieszają się w ten sposób, bo z przytoczonych wypowiedzi wywnioskować można,
że ich elektorat opiera się po prostu na ludziach, którym obojętne jest to, kto
obejmie władzę na Starym Kontynencie.

Pan Poettering poprzez swoje słowa
utwierdził mnie w przekonaniu, że jest szansa na odciągnięcie od zasobnego unijnego
koryta wszystkich eurokratów hołdujących „prawdziwej wolności”, jednocześnie
zbijających na tym ogromny kapitał polityczny, i nie tylko zresztą taki (w
końcu do EPP należy m.in. PO i, co jeszcze lepiej obrazuje moje słowa,
nepotyczny PSL). Serdecznie dziękuję panie przewodniczący za nadzieję, że
podpuchy w wykonaniu m.in. pana ugrupowania nadejdzie kres. Pora tylko
przygotowywać nowe hasła propagandowe przeciw ugrupowaniom eurosceptycznym, bo
zasób tychże powoli się wam kończy. Niechże Pan sobie apeluje panie Poettering,
apeluje… Wiem wszak, że ciężko odrywać się stamtąd, skąd czerpać można tyle
korzyści.

Mateusz Nitkowski

Dość nieoczekiwanie w trakcie wyraźnie nabierającej rozpędu kampanii w Polsce znaczną rolę odgrywa eurosceptyczna partia Libertas. Spora w tym zasługa Lecha Wałęsy, który, choć oficjalnie wciąż uparcie zaprzecza o swoim poparciu dla tego ugrupowania, regularnie pokazuje się na jego konwencjach, na jakie zresztą zaczął ostatnio nawet dolatywać osobistym odrzutowcem Declana Ganleya. Teraz politycy wyżej wspomnianej formacji starają się łapać byka za rogi i w dalszym ciągu utrzymywać wokół siebie sporo medialnego szumu, także bez czynnego wkładu byłego prezydenta. Recepta na to jest powszechnie znana – wysuwanie tyleż kontrowersyjnych, co skrajnie populistycznych i w zasadzie nierealnych do wprowadzenia w życie propozycji. Tylko na taką opinie zasługuje bowiem pomysł obniżenia podstawowej pensji poselskiej o połowę – w jego założeniu reprezentant narodu zasiadający w sejmie musiałby się zadowalać płacą w wysokości 3,8tys. złotych netto.

Oczywiście propozycja Libertas dobrze brzmi w uchu statystycznego Kowalskiego, zobrzydzonego w ujęciu ogólnym całą polską sceną polityczną, a w stopniu szczególnym poziomem kompetencji i uczciwości „złodziei i nierobów” zasiadających w poselskich ławach. Niewątpliwie znalazłoby się wcale niemałe grono obywateli  twierdzących, że nawet te niecałe cztery tysiące to i tak zdecydowanie za dużo jak na polskiego posła/senatora, który w powszechnej opinii więcej szkodzi niż przynosi pożytku. Takie mamy już społeczeństwo i ze względu na to nie bez szans wydaje się inicjatywa zebrania stu tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, bo właśnie w takiej formie ma być on złożony w Sejmie – Libertas nie ma w naszym parlamencie własnej reprezentacji i nie może samodzielnie wszcząć procesu legislacyjnego. Ano właśnie – zakładając, że w tej kwestii nic w najbliższym czasie się nie zmieni (partia Danleya musiałaby w najbliższej przyszłości zanotować znaczny realny wzrost poparcia, aby uzyskać dla swoich kandydatów mandaty), obniżenie poselskiego uposażenia uderzy jedynie w polityków z obcych ugrupowań. Póki co Libertas startuje w eurowyborach, gdzie od najbliższej kadencji pensja deputowanego wzrośnie do ponad trzydziestu tysięcy złotych brutto, a jeśli uwzględnimy także wydatki na podróże, delegacje, hotele czy prowadzone biuro, całość zamknie się nawet na 150 tysiącach. I są to kwoty przysługujące wszystkim parlamentarzystom w Strasburgu, bez względu na narodowość, a więc raczej, nawet mimo wątpliwych chęci altruistycznych działaczy Libertas, nie ulegnie zmianie (a w każdym razie nie w dół). Jak więc widać – jeśli już ludzie irlandzkiego biznesmena troszczą się o zawartość portfeli,  to cudzych, ale przede wsyztskim interesuje ich wysokość  słupków poparcia własnej formacji.

„Chcemy, by praca w polskim Sejmie przestała być źródłem utrzymania dla życiowych nieudaczników, którzy nie potrafią zarobić w inny sposób. Mamy nadzieję, że nasze zmiany pomogą przyciągnąć na Wiejską ludzi, którzy osiągnęli zawodowy sukces w innych dziedzinach życia niż polityka”.

Argumentacja Artura Zawiszy kwalifikuje się już do populizmu radykalnego, wypełniającego po brzegi każdą skalę. Nazywanie posłów „życiowymi nieudacznikami”, niepotrafiącymi zająć się w zasadzie niczym innym, może nawet lekko zniesmaczać. Pomijając już fakt, że w naszym parlamencie dominują prawnicy, lekarze czy przedsiębiorcy, a więc przedstawiciele wysoko cenionych i, co ważniejsze, dobrze płatnych zawodów,  w odpowiedzi na zarzut Zawiszy zapytać się wystarczy można jak to się dzieje, że skoro do Sejmu polskiego dostają się zwykli nieudacznicy, ofiary losu (żeby ni było wątpliwości –  to zupełnie coś innego niż określenie „ludzie nieuczciwi”, z czym można by jeszcze w jakikolwiek sposób polemizować), karier politycznych nie robią zwykli, proste osoby, które jednak nie narzekają na nadmiar pieniędzy na koncie bankowym? Mandat poselski mógłby nieco poprawić ich sytuację finansową, a jeśli potrafią go zdobyć ludzie totalnie niekompetentne i nieobrotne, to dlaczego nie ci, w których imieniu zdawał się przemawiać lider polskiego Libartas? Jakość pracy parlamentu nie powinna ulec pogorszeniu, w końcu trudno spaść poniżej granicy, jaką zakreślili obecni parlamentarzyści.

Można oczywiście na koniec przytoczyć koronny argument wskazujący, że im niższe dochody posłów i generalnie polityków na każdym szczeblu, tym relatywnie większe wśród nich ryzyko korupcji. Ale chciałem wskazać tutaj przykład pokazujący, jak żywe są w obecnej kampanii hasła populistyczne. W zasadzie to wszystkie ugrupowania, nieważne, z której strony sceny politycznej, powracają do nich przy okazji każdych kolejnych wyborów. Niestety, często okazują się one w jakimś stopniu po prostu skuteczne, także nie może dziwić taka postawa zorientowanych głównie na wynik wyborczy partii. Faktycznie, podobne zwroty, gdy padają z ust polityków, mogą się pewnym grupom społecznym podobać, warto jednak zacząć odróżniać stan realny od fikcji. Lokal wyborczy to nie bajkowe jezioro, a polityk, choćby wypadał nie wiem jak przekonująco, nie jest złotą rybką, która po dojściu do władzy i objęciu stołka spełni nasze pobożne, oderwane od rzeczywistości życzenia.

Konrad Kopystyński

Na jednym z forów internetowych
rozgorzała dyskusja nad moim artykułem dotyczącym liberalizmu. Zdania są
podzielone – zarówno przychylne, jak i przeciwne ideom tej doktryny. Jednak
zaintrygowała mnie szczególnie, a raczej dała impuls do częściowego
uzasadnienia poglądów, pewna wypowiedź. Autor tegoż postu skomentował moje
poglądy m.in. w taki sposób: „chłopie weź
sie za robotę, a nie za pisanie, bo piszesz potocznie rzeczy zwane „gówno
prawda””
oraz „normalnie aż mi ciśnienie
skoczyło, jak to przeczytałem, brednie…”.

Jest to idealny temat do
poruszenia na ten moment, bowiem „biorę się do pracy” codziennie
(oczywiście kwestia edukacji). Czasem sam dochodzę do wniosku, że za dużo, i mam
zamiar wytłumaczyć skąd, między innymi,”czerpałem inspirację” do
zainteresowania się klasycznym liberalizmem. Kiedy patrzę na sytuację w mojej
klasie (przypomnę, szkoła średnia), to właśnie MI „skacze ciśnienie”. Ja, aby
zapewnić sobie przyswojenia sobie wymaganego materiału, systematycznie notuję
na lekcjach, a zdecydowana większość ludzi ma to po prostu, za każdym razem, głęboko
w poważaniu, bo wiedzą, że u kogoś te notatki, na jakiś sposób, wyproszą (nawet
ja czasem uginam się i jestem skłonny je udostępnić) – po części odnoszę tą
sytuację do rynku pracy – jest bowiem jak socjalizm – ludzie ci nie robią nic
lub bardzo niewiele, a mają wszystko to, co pracowici. Mam być szczery? Dziękuję
za taką sprawiedliwość. Oczywiście, do tej błahej tematyki porównania w
odniesieniu do złożonych problemów gospodarczych można podchodzić z dużym dystansem,
ale dla mnie, na chwilę obecną, jest to sztandarowy przykład.

Upraszczając znacząco złożone
kwestie ekonomiczne – skoro w przypadku kapitalizmu tak hucznie rozgłasza się,
że bogaci wyzyskują biednych, tak w przypadku socjalizmu można dojść do
wniosku, że to biedni wykorzystują bogatych. Powiem inaczej – leniwi
pracowitych. Warto więc zadać sobie chociażby następujące pytanie – czy aby na
pewno nie jest rozsądniejszym wybór „mniejszego zła”?

Mój kolega i współkomentator z
bloga, Konrad, zwrócił uwagę na to, iż zależy też co definiujemy jako
„złe”. „Bo dla mnie wolny rynek i generalnie kapitalizm jest po
prostu najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem.” Wtórowałem mu – najbardziej
sprawiedliwym, bo, owszem, preferuje w dużej mierze pewną grupę, ale w tym
przypadku jest to, powtórzę się, grupa tych pracowitych i obrotnych.

Mateusz Nitkowski


  • RSS

Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy